Kto czyta wie więcej
Treść
Kto czyta, wie więcej!
W najnowszym, 78 numerze „Takiej Malowniczej Gminy” – lokalnego dwumiesięcznika gm. Brzeźnica, można przeczytać m. in.:
o szkoleniu psów asystujących, czyli czworonożnych przyjaciół i pomocników osób niepełnosprawnych:
Pies asystujący ma ułatwić codzienne życie osobom niepełnosprawnym, które nie tylko, że zmuszone są poruszać się na wózku, ale dodatkowo mają kłopoty z wykonaniem najprostszych czynności, np. z powodu zwiotczenia mięśni, braku koordynacji ruchowej - wyjaśnia pani prezes. - Szkolimy je do wykonywania takich czynności, jak podnoszenie przedmiotów, które wypadną z niesprawnych rąk, przyniesienie kubka ze stołu lub butelki wody z lodówki, otwarcie drzwi, przyciągnięcie wózka w pobliże łóżka osoby chorej… Taki pies musi być nie tylko użyteczny, ale również powinien być „bratem-łatą”, który wiernie patrzy w oczy, radośnie merda ogonem, położy głowę na kolanach, cierpliwie pozwoli się głaskać i przytulać... Cóż, całkiem sporo obowiązków, nie lada wyzwanie, by wszystkiemu sprostać! - Oczywiście, nie każdy pies nadaje się do tej roli - włącza się rozmowy pani Agnieszka.- Nie mamy ustalonej listy ras, ale musi to być pies duży, silny, a jednocześnie łagodny, życzliwy ludziom, dobrze znoszący zmianę otoczenia. Naszym zdaniem najlepiej sprawdzają się retrievery, psy z gatunku aportujących. Szkolenie rozpoczynamy dość wcześnie: już 6-tygodniowy szczeniak wykazuje pewne cechy charakterologiczne, które są wskazówką, że można zainwestować w niego czas i pieniądze. A jedno i drugie to niebagatelne wartości: szkolenie obejmuje od 1,5 roku do 2 lat, kosztuje średnio ok. 20 tys. zł! W tym czasie pies pracuje z trenerem w ośrodku szkoleniowym, ale również przebywa rodzinach zastępczych, gdzie przyzwyczaja się do przebywania z ludźmi w domu i na ulicy. Na początek musi wyzbyć się najmniejszych oznak agresji i nadużywania własnej siły w stosunku do ludzi i zwierząt, opanować chodzenie na smyczy, nauczyć się rozumienia podstawowych komend wydawanych głosem i gestem: „zostań”, „waruj”, „podaj”, „siadaj” itp. - w sumie około sześćdziesięciu. Nie uczymy psów podawania łapy ani w ogóle uczestnictwa w zabawie. Chodzi o to, by pies mimowolnie nie wyrządził krzywdy osobie, której ma być pomocny. Później przychodzi czas na wyższy stopień wtajemniczenia. Na koniec pies i jego przyszły podopieczny muszą się nawzajem do siebie przyzwyczaić. Dopiero wtedy uznajemy, że pies asystujący może rozpocząć swą służbę. To rzeczywiście jest służba – trudna, mozolna, odpowiedzialna. Wystarczy posłuchać, co na ten temat mówią ci, których los przykuł do wózka: „Pies asystent to dla mnie nieoceniony pomocnik. Najważniejsze jest chyba to, że cały czas jest przy mnie. Nie muszę się martwić, co zrobię, jak spadnie mi telefon a będę sama w domu, ani się zastanawiać, czy sąsiadka wpadnie zapalić mi światło, gdy zapadnie zmierzch, a najbliżsi akurat będą w pracy. Poza tym pomaga, bo to lubi i cieszy się zawsze, gdy może coś dla mnie zrobić. Nie muszę nikogo prosić i nikim się wysługiwać. Dzięki psu staję się bardziej samodzielna, mogę nawet sama iść na zakupy, chociaż jeżdżę na wózku i mam bardzo mało siły. Taki pies to prawdziwy przyjaciel na dobre i złe, który zawsze czuwa, by niczego mi nie brakowało”.
Szkoleniem psów asystujących zajmuje się krakowska fundacja „Alteri”, która działa od sierpnia 2002 r. Ułożone psy przekazuje osobom niepełnosprawnym za darmo, ale nie na własność. Aktualny opiekun psa a zarazem jego podopieczny, musi mieć ukończone 16 lat, być osobą niepełnosprawną fizycznie (poruszać się przy pomocy wózka), ale pełnosprawną umysłowo, mogącą mówić i mającą dostateczne środki na utrzymanie czworonożnego towarzysza (ok. 200.- zł miesięcznie). Fundacja pozyskuje środki z darowizn od osób fizycznych i firm, z opłat za prowadzenie kursów dla psów „normalnych” i ich pełnosprawnych właścicieli, którzy chcą mieć dobrze ułożonych czworonożnych przyjaciół. Można również zostać „ojcem” lub „matką chrzestną” psa, który będzie przekazany niepełnosprawnemu. Co to oznacza? Po prostu sfinansowanie kosztów zakupu i wyszkolenia psa-asystenta. Taki obowiązek mogą wziąć na siebie osoby prywatne, firmy, uczniowie i przedszkolaki, członkowie organizacji społecznej, samorządy lokalne. Każdy pies asystujący to szczęście i ogromna radość kogoś, kto nie potrafi żyć bez czyjeś pomocy i opieki. A kolejka oczekujących jest duża – w tej chwili około 40 osób. Brzeźnicka gmina liczy ponad 10 tys. mieszkańców. Gdyby każdy z nich przekazał tylko 2 zł w roku, uzbierałoby się na wyszkolenie jednego psa asystującego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w tej liczbie są niemowlęta, dzieci i bezrobotni, dla których nawet dwa złote to nieosiągalna kwota, ale też w gminie mieszkają osoby i funkcjonują firmy zdolne bez szkody dla własnego budżetu wyłożyć znacznie większą kwotę. Dewizą „Alteri” są słowa Seneki: „Alteri vivas oportet, si vis tibi vivere - Musisz żyć dla innych, jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie”.
(„Nie podaje łapy, ale…”, str. 1)
o zgubnych skutkach nadużywania alkoholu:
Gminna Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych działa w Brzeźnicy od kwietnia 1997 r. Aktualnie liczy 5 członków, przewodniczy jej Maria Leśniak, a Punktem Interwencji Kryzysowej zawiaduje Ewelina Olszyńska. Ocenia się, iż na terenie gminy mieszka 38 osób uzależnionych od alkoholu. Niestety, wg informacji gminnego Punktu Interwencji Kryzysowej, ten zgubny nałóg dotyka także 72 członków rodzin alkoholików. Za ofiary przemocy w rodzinie uważa się 29 osób.
Wśród 398 rodzin korzystających w roku 2005 z pomocy materialnej Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, 31 rodzin zostało objęte opieką w związku z uzależnieniem od alkoholu przez co najmniej jednego z jej członków. W 2005 r. GKRPA wystąpiła do Sądu Rejonowego w Wadowicach o zobowiązanie do podjęcia leczenia odwykowego w stosunku do 12 mieszkańców gminy, przeprowadziła też rozmowy interwencyjno-motywujące z 19 mieszkańcami, którzy nadużywają alkoholu.
Powie ktoś: skoro tyle zła wyrządza alkohol, to dlaczego istnieją restauracje, bary, sklepy sprzedające alkohol? W Polsce nie ma zakazu sprzedaży alkoholu, zresztą odgórnie sterowana prohibicja i tak nie zdałaby egzaminu. Zło nie leży w ofercie handlowej, lecz w słabej woli człowieka - jeden wypije kieliszek „dla kurażu”, drugi pije do „padnięcia”. Zlikwidowanie oficjalnej sprzedaży napojów alkoholowych jedynie zaowocowałoby alkoholowym podziemiem. W gminie Brzeźnica w 2005 r. wydano 34 zezwolenia na sprzedaż alkoholu, w tym 27 na spożywanie poza miejscem nabycia i 7 na spożycie w lokalu; ponadto wydano 16 zezwoleń jednorazowych, głównie organizatorom festynów strażackich i zabaw wiejskich.
(„Jest wrogiem i zgubą człowieka”, str. 1)
o podatkach, jakie zapłacimy w przyszłym roku.
(„Podatki 2007”, str. 3)
o Wrześniu 1939 roku we wspomnieniach Mieczysława Jaskierni:
„Kończyły się wakacje 1939 roku, ostatnie przed wybuchem wojny. Nie zapomnę dnia 1 września tego roku - było to w piątek. Na budynku szkolnym przeczytałem odezwę prezydenta RP Ignacego Mościckiego rozpoczynającą się od słów: „Dzisiejszej nocy odwieczny nasz wróg naruszył nasze granice…”. Zbliżała się „czarna noc” okupacji hitlerowskiej. Już od niedzieli fala uchodźców przewalała się przez Marcyporębę, udając się na wschód. W niedzielę wieczorem wyruszył również mój ojciec , brat Stanisław , wujek Antoni Gramatyka i wielu innych. Ojciec, cierpiący na ischias, nie mógł daleko iść, więc powrócił do domu i bardzo nalegał na mnie, abym jako gimnazjalista uciekał. Wyruszyłem więc samotnie w nocy z niedzieli na poniedziałek , drogami polnymi przez Kopytówkę i Bęczyn w kierunku wschodnim. Po drodze spotkałem idącą w przeciwnym kierunku dużą grupę mężczyzn. Kiedy już mnie minęli, ktoś krzyknął: „Mietek?”. Okazało się, że był to mój starszy brat, Stanisław. Podszedłem do nich. Już mieli dość ucieczki, wracali do domów. W Kopytówce zatrzymaliśmy się przy domu Jaskierniów zwanych „Ogrodnikami”. Z ich przystojną córką, Marią , rozmawialiśmy przez otwarte okno. Przed świtem wyruszyliśmy do domu. Ojciec był niezadowolony i usilnie nalegał, abyśmy jednak uciekali. Postanowiliśmy z bratem ponownie wyruszyć. W okolicach Bęczyna spotkaliśmy kilku młodych mężczyzn i razem z nimi szliśmy w kierunku Krakowa. Przechodziliśmy przez odcinek frontu na Wzgórzach Mogilańskich. Nasze wojsko ostrzeliwało się i zapewniało nas, że dalej Niemców nie przepuszczą. Przeszliśmy w Krakowie z prawego brzegu Wisły na lewy i kierowaliśmy się na wschód”.
(„Nie zapomnę tamtego września”, str. 4)
o Gimnazjum w Brzeźnicy:
(„Przed pierwszym dzwonkiem”, str. 7)
o przeszłości i teraźniejszości Kopytówki:
- w 1641 r. Madonna z obrazu znajdującego się w dworze Paszkowskich zapłakała krwawymi łzami. Łaskami słynący obraz Płaczącej Madonny znany jest jako obraz Matki boskiej Kalwaryjskiej:
Nie wiadomo, w jakich okolicznościach ks. Adam Brylowicz, proboszcz z Krzywaczki, stał się właścicielem obrazu Matki Bożej z Dzieciątkiem oraz kiedy i dlaczego przekazał go proboszczowi marcyporębiańskiemu, ks. Mikołajowi Dobrocieskiemu. Kapłan ten zmarł w Krakowie w 1608 r., gdzie - zapewne po okresie proboszczowania w Marcyporębie - siedmiokrotnie był rektorem Akademii Krakowskiej, profesorem tejże uczelni, jak również bliskim współpracownikiem kard. Jerzego Radziwiłła. W którymś momencie swego życia darował wizerunek Madonny bratowej, Magdalenie z Paszkowskich Dobrocieskiej, a ta w 1639 r. dała go bratu Stanisławowi, gospodarującemu w Kopytówce. Pod wieczór w dniu 3 maja 1641 r., w święto Znalezienia Krzyża Świętego, Elżbieta Paszkowska wszedłszy do izby, w której znajdował się obraz, zauważyła, że z oczu Matki Bożej płyną krwawe łzy. Wielkie musiało być poruszenie w całym dworze! Natychmiast zawiadomiono proboszcza z Marcyporęby, ks. Pawła Sierosławskiego, który przybył nazajutrz w towarzystwie swego wikariusza oraz plebana z sąsiedniej Tłuczani. Wieść o cudownym zdarzeniu szybko rozniosła się po okolicy. Do Kopytówki zaczęła zjeżdżać szlachta z okolicznych dworów i wielu widziało ślady krwawych łez na obliczu Maryi. Ks. Sierosławski, chcąc uniknąć niepotrzebnej sensacji, postanowił o wszystkim poinformować biskupa krakowskiego, a obraz przechować w swoim kościele. Paszkowscy przystali na propozycję - dziedzic obiecał osobiście obraz odnieść do Marcyporęby. Tymczasem wieść o krwawych łzach Maryi dotarła też do kalwaryjskiego klasztoru. Ojciec gwardian Walerian Kaliński niezwłocznie udał się do Kopytówki i przekonał Paszkowskich, iż to kalwaryjski klasztor będzie najlepszym miejscem dla Płaczącej Matki Bożej. Musiał przedstawić mocne argumenty, skoro Stanisław Paszkowski złamał wcześniej dane słowo i odbywszy spowiedź przed zakonnikiem, w dniu 5 maja zaniósł obraz do Kalwarii. O. Czesław Bogdalski, kalwaryjski bernardyn, z iście poetycką swadą opisał całe zdarzenie i tak narodziła się legenda mówiąca, iż dziedzic wyruszył pieszo nocą, by wczesnym rankiem dojść do Marcyporęby. Szedł dobrze sobie znaną drogą i nagle poczuł, że coś go z niej sprowadza i kieruje w przeciwną stronę. Wiedziony tajemną a przemożną mocą nie zwracał uwagi na zarośla i inne przeszkody. Tracił już siły, gdy „spostrzegł, że las rzednieje i brzask się doń przeciera. /…/ niebawem stanął na leśnej krawędzi, wynurzyła się przed nim z mglistych oparów, i zajaśniała w całej krasie, znana mu dobrze świątynia kalwaryjska”. Zrozumiał, że to sama Pani tu go prowadziła. Tak czy inaczej, wizerunek Płaczącej Madonny znalazł się w Kalwarii. „Bernardyni umieścili obraz z największą czcią w ołtarzu św. Anny w kościele głównym i zaczęli odprawiać przed nim msze, co spowodowało dalsze jego rozsławienie. Toteż z dnia na dzień ciągnęły na Kalwarię coraz liczniejsze tłumy pobożnych, względnie ciekawych. Kilku innowierców, wstrząśniętych cudownym zdarzeniem w Kopytówce, podążyło do Kalwarii odwołać przed obrazem swe błędy. Wielu innych znowu doznało łask. Ogólne poruszenie wzbudzali jeszcze bardziej bernardyni przez to, że głosili w kontekście ostatniego cudu pokutne kazania. Podobne rzeczy próbowali robić także okoliczni proboszczowie” – pisze o. Hienim Eugeniusz Wyczawski (Kalwaria Zebrzydowska. Historia klasztoru Bernardynów i kalwaryjskich Dróżek, wyd. 2).
- dziedzic Kopytówki spoczywa w Szkocji:
„Zmobilizowany 23 sierpnia 1939 r. został przydzielony do wojsk lotniczych Armii „Kraków”. W kampanii wrześniowej był dowódcą 3 plutonu samolotów łącznikowych, zorganizowanego w ostatnich dniach sierpnia z rezerwistów 2 pułku. 3 września pluton został przeniesiony z lotniska Rakowice do Igołomii. Dwa dni później por. Dunin otrzymał rozkaz przerzucenia kuriera do Warszawy. Nazajutrz, w locie powrotnym, został zestrzelony w rejonie Proszowic, ulegając poważnej kontuzji.12 września, mimo nie wyleczonych obrażeń powrócił do jednostki, wykazując „energię w kompletowaniu personelu, sprzętu i udzielaniu pomocy technicznej lotnikom z frontowych eskadr” (Jerzy Pawlak, „Polskie eskadry w wojnie obronnej 1939”, Warszawa 1982). Z dnia na dzień los polskiej armii coraz bardziej zdawał się być przesądzony.18 września nastąpiła ewakuacja lotnictwa do Rumunii, a stamtąd do Francji. W bazie lotniczej w Chăteauroux pilotów podzielono na „myśliwskich” i „wielomotorowych”, wśród których znalazł się por. Dunin. Dostał przydział do Dywizjonu Bombowego „Glenn Martin” (nazwa pochodzi od typu amerykańskich bombowców przydzielonych dywizjonowi), ale z przyczyn losowych (awaria samolotu) nie dotarł do jednostki”.
- Krzysztof Globisz, najsławniejszym mieszkaniec Kopytówki:
Pozwoli Pan, że nie będziemy dziś rozmawiać o kolejnych Pana rolach teatralnych czy filmowych i w ogóle o tak zwanym „wielkim świecie”, ale pogawędzimy o miejscu, gdzie się Pan zadomowił. Jak Pan trafił do Kopytówki?
Podoba mi się to „zadomowił”. Tak właśnie powiedział mi pan, który przebudowywał oborę na nasze mieszkanie: „No to się pan zadomowił. Stąd będzie pan sobie dojeżdżał do Krakowa do pracy, ale wracać będzie pan tu, do domu”. I tak jest. Pracę i mieszkanie mam w Krakowie, dom - w Kopytówce. A trafiłem tu całkiem przypadkiem. Kilkanaście lat temu chciałem mieć mały domek na wsi, gdzie mógłbym popracować nad rolą, odpocząć, pobyć w ciszy… Szukałem tu i ówdzie, ale choć trafiałem na widokowo piękne miejsca, nigdzie nie było gwarancji spokoju. Ktoś ze znajomych podpowiedział mi, że w Kopytówce jest gospodarstwo na sprzedaż – niewielki, blisko stuletni dom, powojenna stodoła, obora. Spodobało się nam. Urządziliśmy się w obórce, gdzie mieszka nam się świetnie – żyjące tu wcześniej zwierzęta pozostawiły po sobie niezwykle przyjazną ludziom aurę. Najlepszym dowodem, że zakotwiczyłem tu na dobre jest fakt, że na marcyporębiańskim cmentarzu pochowałem moich Rodziców i gdzie również mam zamiar kiedyś spocząć.
(„Poznajmy wioski brzeźnickiej gminy”, str. 9 – 16)
o festynach w brzeźnickiej gminie:
(str. 17 i 20)
„fala” jest groźna – ostrzega mł. asp. Piotr Bobik
(str. 21)
kultura w gminie: podsumowanie ciekawych imprez, zapowiedź nowych działań, plan pracy na czerwiec i lipiec, atrakcyjna oferta czytelnicza
(str. 17 – 18)
a ponadto: najnowsze uchwały Rady Gminy, porady prawne, kronika policyjna, prawie wszystko o trzmielinie.
„Taka Malownicza Gmina” - społeczno-kulturalny dwumiesięcznik wydawany przez Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Brzeźnicy źródłem pełnej informacji o gminie! Do nabycia w kioskach i sklepach. Zapraszamy do zamieszczania reklam, ogłoszeń i innych przydatnych informacji.
Autor: EO